Filmy

piątek, 8 maja 2015

W raju za życia. Malediwy (2015)

Dzień 1

Malediwy - kto o nich choćby przez chwilę nie marzył? Prawie 1200 wysepek położonych na 26 atolach, turkusowa woda, piękne rafy i plaże. 

Do miejsca przez wielu określanym jako raj, dolecieliśmy liniami SriLankan Airlines, przy okazji pobytu na Sri Lance. Lot trwał tylko 1h 10min. Nie zdążyliśmy jeszcze wygodnie rozsiąść się w fotelach naszego Airbusa 340-300, a już trzeba było opuścić pokład. Pomimo tak krótkiego czasu lotu, w samolocie zostało podane śniadanie - pieczone ziemniaki, jajecznica, parówka, jogurt waniliowy, woda i herbata.

Po wylądowaniu nasze zegarki przestawiliśmy o 30 min. do tyłu względem czasu na Sri Lance i o 4h względem czasu polskiego. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić lotnisko, żeby zdążyć na publiczny prom na Maafushi. Kolejka po wizy wstrzymała nas na dobre 25 min. Wprawdzie wszystkie okienka były otwarte, jednak z rana do Male przylatuje sporo samolotów i turystów po wizy było wielu. Po załatwieniu formalności wizowych pozostało nam tylko znalezienie promu pływającego między lotniskiem a wyspą Male. Stanowisko nie jest jakoś specjalnie oznakowane, ale bez problemu je znaleźliśmy. Bilety kosztowały nas 20 mvr. Po zejściu na brzeg mieliśmy do przejścia ok. 2 km do kolejnej przystani, z której odpływają łodzie na lokalne wyspy. Brakowało nam czasu, więc wzięliśmy taxi za 45 mvr. Do właściwej przystani dojechaliśmy na czas. Niestety, przed okienkami stała już spora grupa zdenerwowanych turystów. Okazało się, że wszystkie bilety na prom o 10 zostały sprzedane. Tym samym na nic był nam cały ten pośpiech.


Jednak jak to często bywa w takich miejscach, przy przystani promowej kręcili się naganiacze, którzy oferowali swoje szybkie łodzie. Rozpoczęła się burzliwa dyskusja między osobami, które nie zmieściły się na publiczny prom, a nimi. Ludzie chcieli jak najszybciej dostać się do Maafushi, bo kolejny prom miał płynąć dopiero o 15. W wyniku negocjacji jeden z prywatnych przewoźników zgodził się zabrać grupę 16 osobową za 15$/osoba (na początku było 25$/osoba). Na taką ofertę także my się zdecydowaliśmy. Szybka łódź płynęła ok. 30 min. na lokalną wyspę, a my podczas przeprawy mogliśmy po raz pierwszy obserwować turkusową wodę, z której słyną Malediwy.

Wyspa Maafushi nie cieszy się najlepszą opinią. Wiele osób twierdzi, że jest już zbyt skomercjalizowana i nie stanowi prawdziwego obrazu Malediwów. Dla nas podstawowym atutem tego miejsca było znalezienie hotelu z all inclusive w dobrej cenie za 269$. Nasz pobyt na Malediwach zakładał tani nocleg i codzienne wykupywanie wycieczek fakultatywnych z hotelu.

Po opuszczenie naszej szybkiej łodzi  udaliśmy się na poszukiwanie Maafushi Inn, w którym mieliśmy spędzić 6 kolejnych nocy. Pomimo, że  wyspa jest malutka, to nie mogliśmy znaleźć właściwej drogi. Z pomocą przyszedł  nam mieszkaniec wyspy, który zadzwonił do właściciela hotelu i ten przyjechał po nas na skuterze.

Nasz pokój nie był jeszcze gotowy, więc otrzymaliśmy po szklance zimnego soku i czekaliśmy cierpliwie. Chwilę później dostaliśmy prawie palpitacji serca, gdy powiedziano nam, że za zapłaconą kwotę nie możemy dostać all - inclusive. Argumentowano to faktem, że na stronie był błąd (użyłem kodu na travelocity, który obniżał cenę hotelu o 100$) i wszystko jest winą Expedia.com. Jeden z pracowników powiedział jednak, że zajmie się naszą sprawą i spróbuje to wyprostować. Na taki obrót spraw nie byliśmy przygotowani. Nasz portfel pewnie wytrzymałby kolejny wydatek, zwłaszcza że na Sri Lance udało nam się trochę zaoszczędzić, ale z drugiej strony nie mogło być tak, że płacimy za coś czego później nie dostajemy. Sprawa była w 100% do wygrania przy ewentualnej reklamacji.

Zanim dostaliśmy ostateczną odpowiedź, poszliśmy na plażę. Na Maafushi znajduje się jedna plaża publiczna, gdzie można pływać i opalać się w stroju kąpielowym. Jest ona oddzielona parawanem, żeby mieszkańcy wyspy (muzułmanie) nie byli narażeni na widok 'roznegliżowanych' turystów. Jak na plażę, która nie jest wysoko oceniana zobaczyliśmy całkiem ładny kawałek żółtego piasku i czystą wodę, w której pływało sporo kolorowych rybek. Rafa przy wyspie nie należy do najpiękniejszych, ale można co nieco zobaczyć. Na plaży spędziliśmy 3h i momentalnie nabraliśmy czerwonego koloru. Słońce grzało przeraźliwie mocno.


Po powrocie do hotelu usłyszeliśmy dobrą nowinę - Expedia, do której należy travelocity, wzięła na klatę swój błąd i mogliśmy skorzystać z opcji all - inclusive. Humory poprawiły nam się znacznie i w spokoju mogliśmy się skupić na planowaniu wycieczek na kolejne dni.


Dzień 2

Poprzedniego wieczoru zdecydowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy na snoorkeling. Wybór padł na Coral Garden znajdujący się w pobliżu resortu Biyadhoo. Wycieczka była ustalona na godzinę 9:00. Przed wyjazdem zjedliśmy pierwsze malediwskie śniadanie, w którego skład wchodziły - jajecznica, pasta z tuńczyka, naleśniki, tosty, kiełbaski i pomarańcze. Z hotelu wyszliśmy zgodnie z planem. Okazało się, że na snoorkeling zapisały się także trzy Czeszki, więc koszt wycieczki się obniżył. Do celu płynęliśmy 15 min. Łódka się zatrzymała, my wskoczyliśmy do wody, a później były już tylko ochy i achy. Czasami na takie widoki czeka się całe życie. Piękna rafa, setki rybek i morskich żyjątek, z wody nie chciało się nam po prostu wychodzić. Byłem zachwycony tym miejscem. Wybierając Malediwy na cel podróży marzyłem właśnie o takich podwodnych widokach. W wodzie spędziliśmy ponad godzinę po czym wróciliśmy na Maafushi.


Reszta dnia biegła leniwie. Po zjedzeniu lunchu poszliśmy jeszcze na lokalną plażę i zostaliśmy na niej aż do zachodu słońca. Niestety na horyzoncie wisiały chmury i zachodzące słońce schowało się za nimi. Mieliśmy jednak nadzieję, że przez kolejne dni będzie nam dane zobaczyć jeszcze słynny malediwski zachód słońca.


Dzień 3

Trzeci dzień na rajskich wyspach obfitował w kolejne podwodne doznania. Zaraz po śniadaniu wypłynęliśmy na pobliską wyspę należącą do resortu Biyadhoo. Razem z nami grupa liczyła aż 13 osób, więc ponownie koszt motorówki uległ obniżeniu (18$/osoba).

Do resortu płynęliśmy 10 min. Po opuszczeniu łodzi przeszliśmy przez molo i udaliśmy się do recepcji, gdzie należało uiścić opłatę za wstęp. Do wyboru były 3 opcje a my zdecydowaliśmy się na tą, która zawierała opłatę tylko za wejście i leżak (inne - droższe, zawierały lunch oraz inne udogodnienia). Łącznie ze wszystkimi podatkami zapłaciliśmy 86$. Po opłaceniu biletów wstępu zostaliśmy poinformowani co i gdzie na wyspie się znajduje. Następnie rozpoczęliśmy plażowanie.
Biyadhoo Resort jest resortem 3*. Brakuje mu tych pięknych domków na wodzie, którymi mogą się szczycić inne resorty. Jednak bez wątpienia wyspa jest zadbana, czysta, a dookoła niej jest piękna rafa. Cudowna plaża, turkusowa woda, ławica ryb tuż przy brzegu, kraby chodzące po plaży, tak można podsumować to miejsce. Nasza wycieczka trwała cały dzień. Trochę się opalaliśmy, ale więcej czasu spędziliśmy w wodzie. Byliśmy także szukać żółwi, ale bez rezultatu. Oczywiście nie mogło zabraknąć czasu na grę w karty, czy krótką drzemkę. Całą wycieczkę oceniam bardzo pozytywnie. W końcu było nam dane ujrzeć obraz Malediwów tych bardziej luksusowych i myślę, że w takich warunkach moglibyśmy sobie troszkę pożyć.

Obraz wyspy:


 Rafa:



Dzień 4

Kolejnego dnia wybraliśmy się ponownie na snoorkeling. Tym razem mieliśmy zobaczyć rekiny, które nie miały zamiaru nas zjeść. Na początku wycieczka miała zacząć się o 9, następnie została przeniesiona na 10:30. W końcu wyszliśmy po 9, bo szybciej wróciła wycieczka z sand banku, który został po prostu zalany. Ponownie wypłynęliśmy w składzie z trzema Czeszkami. Dodatkowo dołączyła do nas Serbka.

Tym razem motorówka podążyła w przeciwnym kierunku niż zwykle. Płynęliśmy też trochę dłużej. Gdy nasz sternik zatrzymał  łódź wszyscy zaczęli się zastanawiać czy to aby na pewno to miejsce. Prąd był tego dnia bardzo silny, robiły się fale, a do brzegu był naprawdę spory kawał drogi. No cóż, przypłynęliśmy, więc wypadałoby znaleźć się w wodzie i spróbować swoich sił w walce z żywiołem. Nasz przewodnik wskoczył  jako pierwszy. Po pierwszym zanurzeniu nie stwierdził obecności rekinów. Gdy cała nasza ekipa weszła do wody, nakazał nam płynąć za sobą. Zaczęliśmy pływać po arenie, gdzie zazwyczaj przypływają te morskie potwory, ale nic oprócz rafy i innych rybek nie zobaczyliśmy. To był naprawdę ciężki snoorkeling. W takich warunkach jeszcze nigdy nie pływaliśmy. Z każdym ruchem traciło się sporo sił, na szczęście nie musieliśmy później płynąć pod prąd, bo podpłynęła pod nas motorówka. Muszę w końcu nauczyć się pływać z płetwami.

Ze względu na to, że nasza wycieczka zakończyła się klapą, nasi przewodnicy zabrali nas w inne miejsce. Rekinów wprawdzie nie było szans tam zobaczyć, ale za to pokazała się nam ogończa. Na początku piękna, duża, zakopana na dnie w piasku, którą nasz przewodnik delikatnie zmusił do ruchu. Pamiętam jak z zaciekawieniem obserwowałem je w akwarium hotelu Atlantis. Nie minął miesiąc a sam znalazłem się  w wielkim akwenie i miałem je na wyciągnięcie ręki. Szkoda, że tego dnia nie udało się nam zrealizować planu głównego, czyli zobaczyć rekiny. Jednak po zmianie miejscówki na taką z obłędną wodą, bez prądów i na dodatek z takimi znaleziskami, nasze rozczarowanie zamieniło się w zadowolenie. Wycieczka kosztowała nas 37$.



Dzień 5

Piątego dnia nieplanowo popłynęliśmy na Fun Island, przy którym znajduje się picnic island. Wyspa położona jest na tym samym atolu co Maafushi, ale stanowi najdalej oddaloną atrakcję, z której skorzystaliśmy.

Po 20 min. dopłynęliśmy naszą rozpędzoną łódką do wyspy. Wysiedliśmy na długim molo, które doprowadziło nas do recepcji. Przed przekroczeniem progu zostaliśmy obdarowani małymi, nawilżonymi ręcznikami, które miały chłodzić nasze twarze podczas opalania. Menadżer wyspy i całego resortu zaprosił nas także do baru, gdzie otrzymaliśmy drinki powitalne. Następnie przyszła pora na uiszczenie opłaty za wstęp na Fun Island, która wyniosła nas 62$. Tyle samo zapłaciliśmy za transfer z naszego hotelu na wyspę. Po dopełnieniu formalności i otrzymaniu bransoletek staliśmy się oficjalnymi gośćmi wyspy.

 
Oczywiście na dobry początek znaleźliśmy sobie dogodne miejsca pod palmami, żeby później nie cierpieć na słońcu. Dostępność leżaków i materaców była duża, więc nie mieliśmy z tym problemów. Zresztą na Fun Island przebywało zdecydowanie mniej turystów, niż w resorcie Biyadhoo. Praktycznie przez cały pobyt dookoła nas nie można było spotkać żywej duszy.

Okazało się, że przy wyspie znajduje się  sand bank, więc dobrze zrobiliśmy rezygnując poprzedniego dnia z tej atrakcji na rzecz snoorkowania. Wyposażyliśmy się w kamerę oraz aparat i poszliśmy zrobić  sobie parę zdjęć na górze piasku, którą z każdej strony zalewa woda.


 
Następnie obeszliśmy całą wyspę dookoła, co zajęło nam jakieś 15 min. Plaża na wyspie jest mniej okazała, niż na Biyadhoo, ale powiedzieć, że jest brzydka to grzech. Można na niej znaleźć wyrzucone przez ocean szczątki rafy koralowej. Co zauważyliśmy interesującego, to mnóstwo krabów ciągnących za sobą swoje muszle.


Po spacerze wskoczyliśmy wreszcie do wody. Oczywiście o wielkim ochłodzenie naszych ciała nie było mowy. Można powiedzieć, że poczuliśmy się jak wrzuceni do garnka, w którym gotuje się rosół. Ponadto, nie mieliśmy specjalnie możliwości podszkolenia naszych umiejętności pływackich, bo w promieniu 100 m od plaży woda sięgała nam ledwo powyżej kolan.

Po wyjściu z wody wróciliśmy na leżaki i oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Zjedliśmy też pierwszą część lunchu, który został dla nas przygotowany w hotelu. Gdy nabraliśmy sił postanowiliśmy popłynąć łodzią na picnic island. Menadżer wyspy poinformował nas, że  skorzystanie z łódki jest opcją dodatkowo płatną i kosztuje 10$ za osobę. Jednak na tych Malediwach to na wszystkim zarabiają. Niestety zrezygnowaliśmy z tej możliwości, bo uważaliśmy to za zbędny wydatek. Picnic Island w zasadzie niczym się nie różnił z wyglądu od Fun Island, więc byłoby to wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dzień wcześniej chłopak z naszego hotelu stwierdził, że dystans między wyspami można pokonać pieszo przez wodę, bo jest płytko. Postanowiliśmy to sprawdzić i faktycznie w ten sposób znaleźlibyśmy się na wyspie, gdyby nie średniej siły prąd i przypływ, który podniósł stan wody. Miałem ze sobą kamerę z teleskopem, więc pływanie w takich warunkach do najłatwiejszych by nie należało. W innych warunkach końcowy odcinek przepłynąłbym bez problemu. My jednak zawróciliśmy co było świetną decyzją, bo praktycznie przy samym brzegu, gdy wchodziliśmy na plażę, zauważyłem rybę, która okazała się być... małym rekinem! Od razu szybko się zerwałem i podbiegłem bliżej, żeby uwiecznić to na filmie i fotografii. Podczas tej mojej gonitwy dopatrzyłem się kolejnej sztuki. Pływały sobie przy brzegu jak gdyby nigdy nic, nieszczególnie przejmując się, że są tak blisko lądu. Poprzedniego dnia, gdy spodziewałem się je ujrzeć w miejscu, w którym często się pojawiają, nie miałem takiego szczęścia. Natomiast na Fun Island, gdzie nie spodziewałem się ich zobaczyć w ogóle, ukazało mi się aż 8 sztuk (w późniejszym czasie dostrzegłem jeszcze 6, które pływały sobie niedaleko naszych leżaków). Mi już tego dnia do szczęścia nic nie było potrzebne.


Będąc na Fun Island mieliśmy także okazję trochę posnoorkować. Rafa znajdowała się tuż przy końcu molo, gdzie zrobiono dobre zejście do wody. Ponownie zobaczyliśmy kolorowy podwodny świat. Powiem szczerze, że  niektóre ryby był naprawdę dużych rozmiarów. Niestety zapomniałem opaski na głowę do kamerki, więc zdjęć pod wodą tego dnia nie zrobiłem.

Chłopaki z hotelu przypłynęli po nas o 17:40 i o 18 byliśmy już na Maafushi. To była ostatnia nasza atrakcja, na którą zdecydowaliśmy się podczas pobytu na Malediwach. Nie żałuję decyzji o przyjeździe na Fun Island, choć pozostaje niesmak, że nie odwiedziliśmy picnic island. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że poziom wody się podniesie, to rozpoczęlibyśmy wędrówkę zaraz po przyjeździe. Z drugiej strony nikt nam nie powiedział, że łódka na wyspę będzie dodatkowo płatna. Nie szkodzi, najważniejsze tego dnia było i tak pojawienie się małych rekinów. Cała reszta straciła przy tym na atrakcyjności. Przynajmniej dla mnie.



Dzień 6

Ostatni nasz dzień w rajskiej krainie postanowiliśmy spędzić w miejscu, w którym rozpoczęła się nasza przygoda z Malediwami, czyli na Maafushi. Nigdzie się nie spieszyliśmy, wszystko odbywało się w zwolnionym tempie. Wcześniej nie odwiedziliśmy plaży dla lokalsów, więc dzisiaj była ku temu okazja. Plaża okazała się trochę zaśmiecona i miała niezbyt przyjazne zejście do wody. Rozglądnęliśmy się tylko nie zażywając kąpieli. Oczywiście gdybyśmy się na nią zdecydowali, to musiałaby się odbyć w ubraniu, gdyż na tej plaży był zakaz pływania w strojach kąpielowych.

 
Na właściwe plażowanie poszliśmy na publiczną plażę dla turystów. Zupełnie niespodziewanie zobaczyliśmy sand banki, który utworzyły się parę metrów od brzegu. Zrobiliśmy przy nich trochę zdjęć, a następnie poszliśmy jeszcze raz posnoorkować. Tym razem oprócz standardowo widzianych rybek zobaczyliśmy sepie. Na początku nie wiedziałem co to jest, ale Pandzia mnie później uświadomiła. Po wyjściu z wody posiedzieliśmy w piekarniku, czyli podsmażyliśmy się jeszcze trochę na plaży. Na 14 wróciliśmy na lunch i zostaliśmy trochę w hotelu, bo niemożliwym było wysiedzenie całego dnia na plaży.


Wróciliśmy na nią dopiero po 16 i trafiliśmy na turniej w piłkę plażową między drużynami złożonymi z turystów i drużynami lokalnymi. Mecze nie były widowiskowe, ale dawały sporo radości. Oglądnęliśmy pojedynki oddając się w międzyczasie prywatnym rozgrywkom w UNO. Nie będę pisał jakim wynikiem się zakończyły, bo po co robić Pandzi przykrość.


Przed godziną 18 musieliśmy podejść do sklepu i kupić bilety na prom, którym mieliśmy popłynąć następnego dnia do Male. Pani w sklepie poinformowała nas, że będą dostępne dopiero po 18:40. Pokręciliśmy się po okolicy i przed podaną godziną wróciliśmy do niego. Słowa o dużej ilości chętnych na ten prom nie były przesadne. Przed sklepem ustawiła się długa kolejka, na którą składali się przede wszystkim mieszkańcy wyspy. Kolejka wyglądała jak za czasów komuny po mięso. Co najważniejsze nikt się nie przepychał i wszyscy cierpliwie czekali. My byliśmy jako jedni z pierwszych, więc bez problemu kupiliśmy bilety. Kosztowały nas 60 mvr, czyli łącznie 4$ (dla przypomnienia za szybką łódź zapłaciliśmy 30$).

Na koniec dnia zjedliśmy jeszcze ostatnią kolację w naszym hotelu i położyliśmy się  spać. O 6 musieliśmy wstać, żeby zjeść śniadanie i na spokojnie zdążyć na prom. W nocy przebudziła mnie wielka burza, której pioruny tak rozświetlały niebo, że miało się wrażenie jakby nastał świt.



Dzień 7

W dzień powrotu wszystko odbyło się bez zarzutu, czyli śniadanie zostało przygotowane na czas, a my bez problemu znaleźliśmy się na pokładzie promu. Przeprawa z Maafushi do Male miała trwać 1:30h.
Gdy weszliśmy na prom był on już prawie pełny. Załoga rozstawiała dodatkowe krzesełka, żeby każdy mógł usiąść. Z przystani wypłynęliśmy według rozkładu o 7:30. Podróż była spokojna, choć parę razy były momenty kiedy mocniej bujało. Do Male dopłynęliśmy o 9. Po zejściu z promu podszedł do nas chłopak, który wybierał się właśnie na Maafushi. Podpowiedzieliśmy mu na jakie wycieczki warto się wybrać. W zamian dał nam swoją wizytówkę i powiedział, że jeśli będziemy lecieć kiedyś do Indii, to mamy mu dać znać - załatwi nam noclegi i ogólnie pomoże przy organizacji, bo mieszka w Bombaju. Po kilkuminutowej rozmowie poszliśmy poszukać sklepu z pamiątkami w Male. Stolica jest mała i posiada w zasadzie dwie główne drogi. My wybraliśmy jedną z nich i idąc mieliśmy wrażenie, że wciąż jesteśmy w tym samym miejscu. Mijaliśmy wciąż sklepy z ciuchami, sklepy sportowy, sklepy z zabawkami, od czasu do czasu sklepy spożywcze i tak przez dwa kilometry. Sklep z pamiątkami znaleźliśmy tylko 1 i w dodatku był zamknięty. Chodzenie po stolicy z plecakami bylo niestety męczące. Pełno ludzi, wąskie chodniki, trzeba było nieustannie się przepychać, czy przedzierać między motorami. W takich okolicznościach zdecydowaliśmy się popłynąć na lotnisko. Przeszliśmy na przystań i kupiliśmy bilety na prom. Ponownie kosztowały nas 20 mvr. Na lotnisku wymieniliśmy pozostałe rufije. Do Colombo odlecieliśmy o 15:25 pozostawiając za sobą raj.

Co sądzę o Malediwach? Jeśli szukacie spokoju i miejsca, gdzie jedynym obowiązkiem jest bycie rozleniwionym, to bez wątpienia mogę Wam polecić tą rajską krainę. Osobiście uważam, że gdybym miał siedzieć tutaj dłużej niż tydzień, to po prostu zacząłbym marudzić, że jest nudno. Malediwy są piękne, jakby z nieprawdopodobnego snu. Woda jest turkusowa, można w niej znaleźć i ładne rafy, i wiele gatunków ryb. Gdzie indziej tak łatwo będzie można zobaczyć rekiny (choćby te małe, które my widzieliśmy) czy ogończe na wyciągnięcie ręki? Myślę, że bezdyskusyjnym numerem jeden na Malediwach jest odkrywanie podwodnego świata, który jest inspirujący. Plaże, resorty, sand banki - to wszystko się powtarza (jest praktycznie takie samo). Wyjazdy do resortów to temat dyskusyjny. Wszystko zależy od tego czy szukamy na Malediwach prywatności (wtedy płyniemy do resortu, szukamy leżaków z dala od wszystkich i wyłączamy się całkowicie), czy nie przeszkadza nam towarzystwo innych i plażujemy wtedy na lokalnej wyspie. My znaleźliśmy złoty środek dzieląc nasz czas między Maafushi i wycieczki do resortów czy na snoorkeling.

W zasadzie ciężko znaleźć minusy, które przemawiałyby za porzuceniem pomysłu wyjazdu na Malediwy. Co mi się jednak w tym miejscu nie podobało, a dokładnie na Maafushi? Otóż, zmorą tego miejsca są nasi irytujący, leniwi i pozbawieni zdrowego rozsądku polscy turyści. Nie sądziłem, że kiedyś do tego dojdzie, ale  na Maafushi jak tylko słyszałem polski język to miałem ochotę pójść na drugi koniec plaży. Po prostu nasi rodacy podjarani tanimi biletami na Malediwy, postanowili 'zaliczyć' sobie to miejsce, żeby pochwalić się później na fb. Wpisali sobie w google hasło Malediwy i wyskoczyły im rajskie plaże, domki na wodach i inne cuda wianki. Po czym zaczęli szukać hotelu i po wpisaniu tego samego hasła najtaniej wychodził nocleg na Maafushi. Zamiast sprawdzić co to za wyspa, jak oceniają ją inni, czego można się na niej spodziewać, po prostu kliknęli na 'rezerwuj' pod wpływem dalszego podniecenia. Tym samym mieli już "tani" przelot i nocleg, więc dopięli swego - lecą za grosze na Malediwy. Kiedy w końcu znaleźli się w swoim wymarzonym miejscu okazało się, że nie ma domków na wodzie, że nie ma prywatnej plaży, ba, że nie można kupić alkoholu (takie to dziwne, bo w końcu to kraj muzułmański), a po wyspie kręcą się jej mieszkańcy. Pierwsze wrażenie było więc bardzo negatywne. A jak wiadomo Polakom za wiele nie trzeba, żeby zaczęli narzekać dosłownie na wszystko. Wszędzie było tylko słychać: to za drogie, to się nie opłaca, bez sensu bo hotele nie mają basenów (po co komu basen na Malediwach?!), Malediwy nic nie oferują oprócz plaż i wody (no tak, też się spodziewałem gór), jest brudno, woda za ciepła itp. No, ale jak dzwoniło się do Polski to oczywiście: "Malediwy to raj na ziemi, jak tu cudownie, fantastycznie, żałujcie że was tu nie ma". Byłem mega szczęśliwy, gdy na wycieczki pływały z nami Czeszki, Serbka czy Węgrzy, zamiast zadufanych w sobie Polaków. Było to gwarantem udanej zabawy. Mam nadzieję, że już nigdy w podróży nie spotkam takich hipokrytów jak na Maafushi. Nie mam pieniędzy na podróż to nie jadę, a nie narzekam, że wszystko jest drogie (a wcale nie było) i bez sensu. Skoro nie pływam i jadę na Malediwy, to nie wkurzam się na to, że dookoła tylko wyspy i plaże. A co najważniejsze: jak jadę gdziekolwiek to wykazuję się instynktem samozachowawczym i sprawdzam czego mogę się spodziewać po miejscu do którego jadę, zbieram informację o cenach, czy interesuję się tym, co mogę tam robić (co zobaczyć, z czego skorzystać). Niestety, nasi rodacy liczyli, że przyjazd na Malediwy wiąże się bezpośrednio z tym, że stają się panami życia i zaraz po wyjściu z samolotu dostaną po 1000$ do ręki, prywatną łódź i domek ze służbą na bezludnej wyspie. Podsumowując, pomyślcie zanim przyjdzie Wam na myśl 'zaliczyć' jakieś miejsce.

Na koniec podsumowanie kosztów:

1. Hotel z all-inclusive (6nocy) - 269$
2. Wycieczki - 320$
3. Jedzenie - 15$
4. Transport - 42$
5. Pamiątki - 10$

Łącznie:  657$ (9855 mvr = 2330 zł)

Do tego dochodzi oczywiście lot na trasie Colombo - Male Colombo za 1440 zł. Tym samym za tydzień ma Malediwach zapłaciliśmy łącznie 3770 zł, co na osobę daje 1885 zł.

7 komentarzy:

  1. Malediwy są na liście naszych marzeń podróżniczych...pozazdrościć widoków!!! :) Pozdrawiamy! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Musicie koniecznie zrealizować to marzenie. Malediwy są warte grzechu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się w 100% co do świadomości, a raczej jej braku, niektórych wczasowiczów. Wyjaleś mi to z ust - trzeba czytać i interesować się troszkę, dokad się leci i co tam można, a czego nie. Szczęśliwa jestem, że do mnie na Nilandhoo trafiaja same świadome jednostki i spędzamy przemiło czas. Bez słuchania o tym, że drogo i że nie ma Supermarketu na wyspie.
    Szkoda, że nie odwiedziliście mnie. Może następnym razem ! :) Pokażemy Wam duże rekiny oraz domki na wodzie, w 6 gwiazdkowym resorcie :)
    Pozdrawiam z Malediwów

    OdpowiedzUsuń
  4. P.S. Gustowna muzyczka :))) w ogole fajnie dobrana do wszystkich filmików. Najbardziej podoba mi się podkład do Bali. Filmik zreszta też bo pokazuje, że Bali wcale nie jest takie złe, jak o nim pisza. Właśnie takiego Bali się spodziewałam i takie oczekuję zastać, ale dopiero w przyszłym roku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ad.1. Nie trafiliśmy, bo na 6 dni nie chcieliśmy sobie komplikować wakacji. Chodzi mi o kwestię lokalnych promów. Na wyspę Maafushi najlepiej jest rozwinięty transport lokalny. Wyspa nie jest położona też jakoś daleko od Male i lotniska. Na pierwszy raz Maafushi było w sam raz (transport + koszty). Następnym razem będziemy chcieli zobaczyć więcej lokalnych wysepek. Być może jedną z nich będzie Twoja! :)

    Ad.2 Dzięki! :) Do filmów staram się dobierać odpowiednią muzykę, bo to połowa udanego filmu. W Azji miałem pierwsze próby z GoPro. Kupiliśmy kamerkę przed samym wyjazdem, więc nie miałem za dużo czasu, żeby opanować tego małego potwora. Teraz zdecydowaniem wiem więcej i mam nadzieję, że kolejne filmy będą jeszcze lepsze. Niestety, od wczoraj jestem na youtubie (wcześniej było vimeo) i niestety liczba wyświetleń jest tragicznie niska. Tym samym moje filmy zaginęły w gąszczu innych produkcji :)

    Pozdrawiam
    Kuba

    OdpowiedzUsuń
  6. Taki sam transport jak na Maafushi jest również na inne wysepki, niedaleko od Male, moze mniej znane, ale też już częściowo turystyczne. Gulhi, Guraidhoo, Hurra, Thulusdhoo, Himmafushi, Dhangethi i jeszcze parę by się znalazlo. W te same dni , o pół godziny wcześniej lub później. Motorówki kosztuja tyle samo, ale fakt, że na Maafushi łatwiej jest znaleźć chętnych do wspólnej podróży motorówka i podzielenia się kosztami.
    Filmy jak na pierwszy raz z kamera, naprawdę super :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Pieknie napisane to podsumowanie na koniec o typowych polaczkach. Niestety masz wiele racji. Co to wyboru wyspy to moim zdaniem najlepiej jest szukac kompromisu. Nie brac ani restortow (wiadomo dla czego :-P) ani Maafushi. Tylko jakas mniejsza, lokalna ale urokliwa. Ja bralbym pod uwage wyspe Huraa albo Thulusdhoo

    OdpowiedzUsuń